Nikiszowiec, Złoty Osioł i Cybermachina czyli mega fajny dzień w Katowicach

Ostatnio trafiła nam się wspaniała okazja, aby zwiedzić Katowice, gdyż mieliśmy przyjemność opowiadać o naszych podróżach w audycji “Za horyzontem” prowadzonej przez Beatę Tomanek w Radiu Katowice. Jeśli macie ochotę jej posłuchać, albo przeczytać, kliknijcie tutaj.

Choć pochodzę z Górnego Śląska (Bytomia), nigdy nie miałam szansy dokładnie go poznać. Kiedy miałam trzy lata wyprowadziliśmy się z rodzicami do Warszawy. Stałam się wtedy „gorolką”, czyli niemalże obcokrajowcem, gdyż słowo to oznacza w gwarze śląskiej kogoś spoza Śląska. Gdy dziesięć lat temu wyjechałam z Polski, żeby włóczyć się po świecie, stałam się „gorolką” do kwadratu. Zwiedzanie Nikiszowca pozwoliło mi na kilka chwil powrócić do korzeni. Zwłaszcza, że mój dziadek był górnikiem i obchodzona czwartego grudnia barbórka to nadal jego ulubione święto.

Co łączy Nikiszowiec z Arabią Saudyjską?

Paradoksalnie nasz kilkuletni pobyt w Arabii Saudyjskiej oraz życie w tamtejszym zamkniętym osiedlu, pomogły mi zrozumieć zamysł niemieckich architektów. Emil i Georg Zillmannowie na początku dwudziestego wieku tak zaprojektowali Nikiszowiec, by zmęczony górnik po powrocie z „gruby” (kopalni) nie musiał się już niczym martwić, bo w obrębie osiedla znajdowało się wszystko, czego potrzebował:  szkoły, sklepy, zakład fotograficzny (najstarszy na Śląsku), pralnia, suszarnia i magiel. Przy rynku znajduje się też imponujący kościół św. Anny oraz najczęściej  fotografowany budynek z charakterystyczną różaną mozaiką. Dziś mieści się w nim poczta, ale niegdyś był tu szynk (gospoda), do którego górnicy po szychcie szli na piwo.

Zielone wagoniki kolejki “Balkan”

Zamknięte osiedla w Arabii, a szczególnie największe z nich Aramco (które opisałam tutaj) budowane były wedle tych samych zasad. Obcokrajowiec po pracy miał mieć wszystko w zasięgu ręki, żeby nie musiał wyjeżdżać poza osiedlowe mury. Tak, jak w Arabii mieszkańcy zamkniętych osiedli mają dziś czesto zapewniony bezpłatny dojazd  w różne miejsca autobusami, tak i górnicy z Nikiszowca dostawali się wtedy do kopalni bezpłatną kolejką wąskotorową „Balkan”. Trzeba było do niej wskakiwać w biegu, bo się nie zatrzymywała. Przewoziła dziennie ponad 8 tys. osób i działała aż do 1977 roku. Dwa odrestaurowane zielone wagoniki można dziś zobaczyć na dawnym torowisku przy ulicy Szopienickiej, obok szybu Pułaskiego kopalni „Wieczorek”.

Sąsiad zawsze wyciągnie pomocną dłoń

Wracając do Nikiszowca. Składa się on z trzypiętrowych ceglanych „familoków” (bloków) z wymalowanymi na czerwono framugami okien. Farbę do ich malowania mieszkańcy „pożyczali” sobie z kopalni, jaśniejszy kolor bardzo szybko by się tu zabrudził. Familoki ustawione są w czworoboki z wewnętrznymi dziedzińcami, na których Nikiszowianie hodowali kury, kozy, króliki, gołębie, a nawet świnie w chlewikach.  Na każdym podwórku stał też „piekarniok” do wypieku chleba i ciast. W cieplejszych miesiącach na dziedzińcach kwitło życie towarzyskie, dzieci bawiły się na placach zabaw, kobiety plotkowały i szydełkowały. Tu też zacieśniały się więzi sąsiedzkie. Rodziny z familoków tworzyły doskonale funkcjonująca wspólnotę. W razie potrzeby zawsze można było liczyć na sąsiedzką pomoc.

Praca górnika jest ciężka, ale przede wszystkim niebezpieczna. W razie tragicznego wypadku na kopalni, rodzina poszkodowanego górnika dostawała nie tylko materialne, ale także duchowe wsparcie. Jeśli ktoś stracił pracę, sąsiedzi z familoka organizowali zbiórkę jedzenia i pieniędzy, wrzucało się wszystko do torby, którą potem wieszało się na klamce od jego mieszkania. Takie rozwiązanie zapewniało anonimowość, a rodzina, której pomagano, nie musiała się nikomu czuć zobowiązana. Nikt tu nie czuł się osamotniony, ale też niczego nie dało się ukryć. Jak dzieci coś przeskrobały na podwórku, rodzice natychmiast dowiadywali się o tym od sąsiadów. Radzili sobie bez telefonów komórkowych i internetu.

Magiel i pralnia jak facebook

W Nikiszowcu obowiązywał śląski rodzaj matriarchatu. Obowiązkiem górnika było  zarobienie pieniędzy, ale całą wypłatę oddawał żonie, która potem wydzielała mu „kieszonkowe” na cigarety (papierosy) i piwo, lecz nie więcej niż na dwa kufle dziennie. Poza zarządzaniem rodzinnymi finansami, kobiety zajmowały obowiązkami domowymi, a zwłaszcza sprzątaniem, bo mieszkania na Śląsku musiały lśnić.

Aby ochronić familoki przed wilgocią, często równoznaczną z zagrzybionymi ścianami, architekci Zillmannowie, przezornie zaprojektowali pralnię i magiel w oddzielnym budynku. Dziś znajduje się w nim muzeum, w którym można zobaczyć tary do prania, suszarnie oraz maglownice. Jak zauważyli nasi przewodnicy, był to taki ówczesny facebook, bo podczas kilku godzin spędzanych przy praniu było dostatecznie dużo czasu na plotki.

W muzeum możecie też zobaczyć, jak urządzone było nikiszowieckie mieszkanie złożone z kuchni oraz dwóch pokoi, razem nieco ponad 60 metrów kwadratowych. Lokatorzy dwóch mieszkań używali jednej ubikacji znajdującej się na półpiętrze.

Znajduje się tam także wystawa „Mistrzowie Grupy Janowskiej”, pokazująca obrazy malowane przez górników kopalni „Wieczorek”. Nurt tworzonej przez nich sztuki nazywany jest naiwnym, ponieważ przedstawiana rzeczywistość przypomina obrazy tworzone przez dzieci. Szczególnie spodobały mi się obrazy Erwina Sówki, malującego Nikisz w odpustowych barwach. Cechą charakterystyczną jego sztuki jest przedstawianie św. Barbary (patronki górników, ciężkiej pracy i dobrej śmierci), jako nagiej, korpulentnej, cycatej kobity. Mój dziadek, który ma 87 lat, w pełni  podziela taki górniczy ideał kobiecości.

Po zwiedzeniu  Muzeum wstąpiliśmy do kafejki nazwanej na cześć architektów i budowniczych Nikiszowca –  „Zillmann Tea & Cofee”. Nie zrażajcie się angielsko brzmiąca nazwą, bo miejsce nawiązuje wystrojem do nikiszowsko-górniczych tradycji. Na ścianie wisi potężny telefon, jakich używało się kiedyś w kopalniach.  Pod ziemią niezmiernie łatwo o wybuch metanu, toteż ciężka metalowa obudowa aparatu powstrzymywała wydostawanie się iskier w razie spięcia.

Złoty Osioł

Na obiad najlepiej wrócić do centrum Katowic, jako wegetarianie nie możemy Wam niestety polecić żadnych restauracji serwujących tradycyjne śląskie potrawy jak rolady z modrą kapustą i kluskami. Jednak nawet jeśli jesteście zagorzałymi mięsożercami, myślę, że polubicie wyśmienite jarskie dania w wegetariańskim barze „Złoty Osioł”. Jak głosi ich motto „wilk syty i owca cała”, więc nie obawiajcie się, że nie nasycicie się bezmięsną kuchnią. Możecie tu skosztować zarówno dań inspirowanych kuchnią orientalną jak i europejską. Wszystko dobrze przyprawione, a pamiętajcie, że mówi to żona PakistańczykaJ. Pokaźne porcje oraz bar sałatkowy zdołają nasycić nawet największego głodomora, ale nie zapomnijcie zostawić miejsca na ciasto marchewkowe. Dodatkowym atutem są przystępne ceny i przyjemny wystrój. Trudno tu o stolik, ale na pewno warto poczekać. „Złoty Osioł tak przypadł nam do gustu, że w czasie naszego krótkiego pobytu w Katowicach odwiedziliśmy go kilka razy. Za każdym razem próbowaliśmy nowych potraw i nie sposób zdecydować, które nam najbardziej smakowały, najlepiej zamówcie po pół porcji i skosztujcie jak najwięcej.

Cybermachina pub nie z tej ziemi

Jak opowiadają stali bywalcy niezwykła przygoda zaczyna się już od przejażdżki szklaną, magiczną windą. Dzięki niej docieracie na drugie piętro, aby przenieść się w rzeczywistość konsoli, gier planszowych i komiksów. Nawet drinki przeobrażają się tu w fantazyjne mikstury o nazwach zainspirowanych grami. Michał i Rafał założyli Cybermachinę cztery lata temu, bo jako zapalonym graczom brakowało im w Katowicach miejsca, gdzie mogliby spotykać się z ludźmi dzielącymi ich pasję. Nie mieliśmy jeszcze przyjemności poznać Michała, ale z Rafałem spotkaliśmy kilka lat temu, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Dubaju, a on właśnie podróżował po Emiratach. Wtedy opowiedział nam o swoim fantastycznym pubie. Zjawiliśmy się przy najbliższej okazji. W międzyczasie chłopaki z podobnymi sobie zapaleńcami zdążyli już pootwierać franczyzy w siedmiu innych miastach (Kraków, Toruń, Wrocław, Bydgoszcz, Toruń, Poznań i Gdańsk). Potwierdza to tylko moje przekonanie, że dzielenie się swoją pasją życiową z innymi, to gwarantowana recepta na sukces. Jeśli tak jak my nie jesteście graczami, to wpadajcie choćby po to, żeby skosztować wyśmienitego grzańca przygotowywanego po szwedzku, czyli z migdałowymi płatkami. Skosztujcie też gwiezdnego piwa ‘Darth Rabbit’ robionego specjalnie dla Cybermachiny w browarze ReCraft (edycja limitowana!). Jak tylko poczujecie panujący tu entuzjazmem i pozytywną energią, nie będziecie się Wam chciało wracać do zwyczajnego świata na zewnątrz.

Tak nam się spodobało w Katowicach, że chcielibyśmy tu pomieszkać. A że z nami nigdy nic nie wiadomo, to jest to wielce prawdopodobne. Na razie jednak przeprowadzamy się do Beninu w Afryce Zachodniej. Wyruszamy już dzisiejszego wieczoru.