Jak znalazłam pracę w szkole językowej w Wietnamie

W 2008 roku w dniu otrzymania certyfikatu CELTA (Certificate in Teaching English to Speakers of Other Languages) złożyłam wymówienie w szkole językowej, gdzie od roku pracowałam. Chciałam spełnić dwa marzenia: wyjechać w sześciomiesięczną podróż do Indii, a potem zacząć uczyć angielskiego w Chinach.

Przed wyjazdem do Indii z czystej ciekawości wysłałam CV do różnych szkół językowych w Chinach. Większość z nich nigdy nie odpowiedziała na moje maile, a te, które odpisały, z przykrością powiadomiły mnie, że interesują ich tylko i wyłącznie native speakerzy. Na domiar złego moja instruktorka na ostatnich zajęciach CELTY doradziła mi czysto po przyjacielsku, żebym nie miała wielkich nadziei na pracę za granicą, a raczej skupiła się na szukaniu zatrudnienia w renomowanej szkole w Polsce. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że mnie to trochę nie podłamało. Postanowiłam jednak się nie przejmować, bo przecież czekały mnie długie wakacje w Indiach. Szukanie pracy odłożyłam na później. Co będzie to będzie, pomyślałam, po czym wyjechałam z moim byłym partnerem do Indii.

 Szczeniak Bobo zabrał mnie do Wietnamu!

Bobo i ja w Indiach w 2009.

Wszystko dalej potoczyło się własnym torem i było wynikiem wielu nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności. Jednym z nich było spotkanie Bobo – ulicznego, kalekiego szczeniaka, którego przygarnęłam w drugim tygodniu mojej podróży po Indiach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Bobo całkowicie odmieni moją przyszłość, gdyż ze względu na obowiązującą w Chinach kwarantannę dla zwierząt, zdecydowałam tam nie jechać. Poleciałam za to do Wietnamu, gdzie Bobo mógł wjechać ze mną bez żadnych przeszkód.

Po przylocie do Wietnamu zaczęłam od razu szukać pracy. Zaniosłam CV do ILA – jednej z największych szkół angielskiego w Sajgonie i po kilku dniach zostałam zaproszona na rozmowę. Nie byłam na to zupełnie przygotowana, gdyż po półrocznej podróży motorem po Indiach (z psem na bagażniku), nie miałam nawet odpowiednich ciuchów, żeby zrobić dobre wrażenie. Naprędce kupiłam tradycyjną wietnamską jedwabną sukienkę i buty, po czym pełna optymizmu poszłam na spotkanie w ILA. Choć rozmowa poszła dobrze, po kilku dniach dostałam maila zapewniającego mnie, że jestem doskonałą kandydatką, lecz niestety preferowani są native speakerzy ze względu na to, że uczniowie często narzekają na non-native speakerów.

Trudne początki

Jedna z moich pierwszych klas w Hanoi w 2009.

Czułam się, jakby cały wszechświat sprzysiągł się przeciw mnie. Kończyły mi się pieniądze, nie mogłam wracać do Polski z powodu szczeniaka, dla którego nie udało się jeszcze wyrobić wszystkich dokumentów potrzebnych na jego wjazd do Unii Europejskiej. Nie miałam wyjścia. Z powodu psa musiałam zostać w Wietnamie jeszcze co najmniej sześć miesięcy. Co gorsza, Sajgon wcale mnie nie zachwycił, był zbyt zamerykanizowany. Choć miałam ochotę zalać się łzami w jakimś ciemnym kącie, w przypływie desperacji wysłałam CV do szkoły Apollo English w Hanoi, na której stronie jak byk stało, że zatrudnia tylko native speakerów. Nie miałam nic do stracenia. Ku mojemu zdziwieniu niemal natychmiast zostałam zaproszona na rozmowę przez skype’a, bo Hanoi znajduje się dwa tysiące kilometrów na północ od Sajgonu. Ogarnęło mnie przerażenie, bo zawsze wolałam rozmowy twarzą w twarz. Mój umysł jak nakręcony produkował tysiące powodów, dla których nie miałam szans dostać tej pracy. Przecież przez skype’a jeszcze bardziej będzie słychać, że nie mam angielskiego akcentu. Panikowałam. A jednak wzięłam się w garść. Zrobiłam notatki, żeby odświeżyć wiadomości z CELTY zrobionej prawie osiem miesięcy wcześniej. Napisałam też odpowiedzi na pytania, jakie zadano mi w czasie poprzedniej rozmowy w ILA. I udało się! Dostałam sześciomiesięczny kontrakt w Apollo English w Hanoi, gdzie potem pracowałam przez następne trzy lata. Zakochałam się nie tylko w samym Hanoi, ale przede wszystkim w moim mężu Saqibie, którego spotkałam tam niecały rok później.

W wakacje najłatwiej się zahaczyć!

Miałam szczęście, bo trafiłam do Wietnamu w odpowiednim czasie, czyli w maju tuż przed rozpoczęciem letnich intensywnym kursów dla dzieci (summer schools). Dlatego właśnie moja szkoła na gwałt potrzebowała więcej nauczycieli. Nikomu nie przeszkadzał mój brak doświadczenia po Celcie, czy też zero wiedzy i doświadczenia w uczeniu dzieci. Szkoła szybko przeszkoliła nas, a potem uczyłam się obserwując bardziej doświadczonych nauczycieli.

W Wietnamie poznałam Saqiba!

Przejażdżka rykszą po Hoi An w 2010 roku

Tak oto znaleziony w Indiach szczeniak Bobo przyprowadził mnie do kraju, w którym nie tylko znalazłam pierwszą pracę za granicą, lecz przede wszystkim spotkałam miłość życia, Saqiba. Pobraliśmy się kilka lat później w Tanzanii. Jeśli zastanawiacie się co się stało z Bobo, to pies podróżnik ma już dziewięć lat i mieszka z moimi rodzicami w Warszawie.

Jakie są Wasze doświadczenia z pracą albo szukaniem pracy w szkołach językowych za granicą? Skomentujcie! Powymieniajmy się doświadczeniami, a nuż komuś pomożemy!

Więcej tekstów na temat jak zostać nauczycielem angielskiego za granicą znajdziecie tu.

Najpopularniejsze teksty:

Nasz spontaniczny ślub w Tanzanii

O podróżach i o tym że życie jest szukaniem

Nasze życie w Arabii Saudyjskiej było interesujące, przyjemne i bezpieczne!

Osiem najczęściej zadawanych pytań na temat Dubaju

Rozmowa o związkach międzykulturowych i tolerancji

Zrób Celtę i zwiedzaj świat!