Nasz spontaniczny ślub w Tanzanii

Nasz-slub-w-Tanzanii

Poznaliśmy się w Wietnamie, ale tam bardzo trudno było zorganizować ślub, a zwłaszcza dla obcokrajowców pochodzących z dwóch różnych krajów. Na szczęście los wkrótce zabrał nas do Tanzanii, gdzie okazało się to bardzo łatwe.

Nasz ślub był tak spontaniczny, że zaskoczył nawet nas samych. Z wyprzedzeniem załatwiliśmy tylko srebrne obrączki i „zaświadczenia o możności prawnej do zawarcia małżeństwa za granicą” przywiezione przez nas z Polski i z Pakistanu. Całkowitą niespodzianką był dla nas ich krótki, bo tylko trzymiesięczny okres ważności. Ale dzięki temu, nawet przybliżona data naszego ślubu wyznaczyła się bez naszej pomocy. Wiedzieliśmy, że gdzieś pomiędzy styczniem a końcem marca będziemy już małżeństwem.

Następnym krokiem było otrzymanie kolejnego zaświadczenia, tym razem zezwalającego nam, obcokrajowcom, na ślub w Dar es Salaam w Tanzanii. Czas w Afryce dalej płynął sobie leniwie, podczas gdy my bezskutecznie chodziliśmy od urzędu do urzędu. Aż tu niepostrzeżenie zrobił się koniec lutego! Wtedy uderzyliśmy bezpośrednio do głównego urzędu stanu cywilnego w Dar.

„Pieniądze na colę”

W zakurzonym pokoju bez klimatyzacji z poustawianych pod sufit pudeł wysypywały się pożółkłe, wypisane na maszynie dokumenty. Pisząca coś letargicznie na maszynie urzędniczka, łamaną angielszczyzną poinformowała nas, że od ręki wyda nam zezwolenie, ale ze ślubem musimy poczekać 21 dni.

– Najpierw wywiesimy powiadomienie o waszym małżeństwie na tablicy ogłoszeń – wyjaśniła – i jeśli w ciągu trzech tygodni nikt nie zgłosi sprzeciwu, będziecie mogli wyznaczyć datę ślubu.

Domyślając się, że to próba wyciągnięcia od nas „pieniędzy na colę” jak się tutaj eufemistycznie nazywało łapówki, zapytaliśmy, czy przypadkiem nie udałoby się pominąć tych trzech tygodni oczekiwania?  Urzędniczka rozpromieniła się i poprosiła o dwadzieścia dolarów “na colę”. Po godzinie wydała nam wypisane na maszynie „specjalne” zezwolenie na ślub, dodając:

– Zapomniałam wam tylko powiedzieć, że „specjalne” zezwolenie jest ważne tylko siedem dni. Dziś jest piątek, pierwszy marca, więc macie czas do następnego piątku. Wskazówki na jej staromodnym zegarku pokazywały szesnastą.

Zadziwiająca precyzja, w kraju normalnie kierującym się zasadą „pole-pole” (wymawianym jak nasze rodzime „pole”), co w swahili znaczy „powoli-powoli”. Nie zamierzaliśmy jednak marnować czasu na zbędne dyskusje. Mieliśmy 168 godzin. Jak w filmie akcji. Jeśli pobralibyśmy się w przyszły piątek, mielibyśmy całe cztery dni na załatwienie wszystkich formalności. Muzułmanin i niewierząca ze skłonnościami do buddyzmu?  Ślub cywilny był naszą jedyną opcją. My i dwóch świadków, bez gości. Pozostawało nam tylko zaklepać datę ślubu i urlop.

Wyszłam za mąż zaraz wracam

W poniedziałek rano poszłam do mojej szefowej Megan, pracowałam wtedy jako nauczycielka angielskiego w British Council, i pytam:

– Czy mogłabyś znaleźć kogoś na zastępstwo w piątek na moją pierwszą lekcję?

– Coś się stało?

– Nie, nic. Wychodzę za mąż. Chciałam Cię zapytać… – ale tu przerwał mi radosny okrzyk skaczącej z radości Megan „Gratuluję!” – ….zapytać, czy nie chciałabyś zostać naszym świadkiem?

– No pewnie! Tylko w piątek nie mogę, zróbmy to w środę – zdecydowała. – Nie ma mowy, żebyś pracowała w dniu własnego ślubu, daję ci dwa dni wolnego.

– Nie trzeba, wyrobię się na drugą lekcję. Podpiszemy tylko kilka papierków i po krzyku.

Zupełnie nie rozumiałam skąd to całe zamieszanie.

– Chyba oszalałaś! Masz zakaz pokazywania się w biurze! A gdzie spędzacie noc poślubną? Chyba nie w domu?! – wyczytała odpowiedź z mojego zdziwionego spojrzenia, bo nie przyszło nam do głowy, żeby wybiegać myślami aż tak daleko naprzód.  – Moja koleżanka jest menadżerką nieziemsko cudownego ośrodka i tam właśnie pojedziecie, zaraz się z nią skontaktuję. Jest drogo – ostrzegła – ale tylko bez sknerstwa w noc poślubną!

Saqib też wyjaśnił szefowi, że w środę nie będzie go w biurze, bo się żeni. Szef chyba mu nie uwierzył, ale dał mu wolne. Moi Rodzice byli gotowi dolecieć z Warszawy w ostatniej chwili, ale w końcu postanowiliśmy zrobić oddzielną uroczystość w Polsce, a rodzina Saqiba o niczym nie wiedziała.

Claire, moja mówiąca biegle w suahili koleżanka z pracy, zgodziła się zostać naszym drugim świadkiem. Pojechała też z nami do urzędu ustalić termin ślubu na środę rano. W Tanzanii często bez tłumacza się nie obejdzie, bo urzędnicy lubią odmawiać porozumiewania się po angielsku tylko po to, żeby pokazać “muzungu” (czyli obcokrajowcom) kto tu rządzi. Kiedy Claire dała kosza podrywającemu ją urzędnikowi, na chwilę straciłam nadzieję, ale w końcu udało się! Pobieraliśmy się pojutrze o ósmej rano. Cały wtorek śpiewaliśmy refren piosenki z My Fair Lady „I’m getting married in the morning”.

Prosto i na luzie

nasz-slub-w-Tanzanii
Ten facet w pomarańczowej koszuli to nasz świadek.

Dalej poszło gładko. Bez fryzjerów, makijażu, sukni ślubnej ani fotografa. Po prostu wrzuciliśmy na siebie ulubione ubrania i byliśmy gotowi. Dziewczyny – Ann, Claire i Megan – pomyślały nawet o kwiatku do butonierki dla Saqiba i bukieciku pasującym do mojej różowej, kupionej przed laty w Wietnamie sukienki. W samochodzie w drodze do urzędu mieliśmy rozśpiewaną atmosferę. Do tej pory jak słyszę „Chapel of Love” The Dixie Cups   i „Love is all you need” Beatlesów  przypomina mi się tamten wesoły dzień.

Zaczęło się od tego, że gburowaty urzędnik odmówił udzielenia nam ślubu bez pięćdziesięciu dolarów „na colę” i również próbował umówić się z Claire, nikt nie umiał się oprzeć biegłej w suahili “muzungu” . Okazało się też, że jeden świadek musi być mężczyzną, więc natychmiast poprosiliśmy innego urzędnika pracującego w tym samym biurze. Zaczęliśmy od przeczytania przydługiej przysięgi małżeńskiej, potem my i świadkowie – Claire oraz nieznajomy w pomrańczowej koszuli – złożyliśmy podpisy na akcie ślubu. Kiedy nie umiałam trafić obrączką w palec Saqiba, który dla żartów robił zwinne uniki, nawet gburowaty urzędnik wybuchnął śmiechem. A nasz świadek tak się ucieszył, że zaczął tańczyć i śpiewać w suahili. Gdy wychodziliśmy z urzędu, dziewczyny obrzuciły nas ryżem, żeby choć jednej weselnej tradycji stało się zadość.

Około południa, po weselnym bufecie śniadaniowym w ogrodzie hotelu Serena, dziewczyny wróciły do pracy, a my pojechaliśmy świętować na plaży. Po wykładzie Megan, że w dniu ślubu nie należy kierować się rozsądkiem, a noc poślubną ma się tylko raz, zarezerwowaliśmy apartament z trzema posiłkami za horrendalną cenę czterystu dolarów za noc. Wiedząc, że w Tanzanii wygórowane ceny rzadko szły w parze z wysokim standardem i dobrą obsługą, obawialiśmy się najgorszego.

Ras Kutani przerosło nasze najśmielsze oczekiwania 

nasz-slub-w-Tanzanii
Ośrodek Ras Kutani koło Dar es Salaam w Tanzanii

Po drodze do ośrodka Ras Kutani pogubiliśmy się w buszu, ale jak tylko dojechaliśmy, miejsce zwaliło nas z nóg. Do położonego na wzgórzu apartamentu dla nowożeńców prowadziły prywatne schody, oprócz nas tylko jedna wyznaczona osoba z obsługi miała na nie wstęp. Apartament okazał się drewnianym domkiem. Designerski, rustykalny wystrój w niczym nie przypominał pozbawionych charakteru pięciogwiazdkowych sieciówek. Na tarasie z jednej strony była sofa, z drugiej malutki prywatny basen wielkości jacuzzi. A wszystko z widokiem na otaczającą nas dżunglę! Gdzieś w dole Ocean Indyjski, a w górze bezchmurne afrykańskie niebo w kolorze tanzanitu, kamienia szlachetnego wydobywanego jedynie w Tanzanii. W oknach zamiast szyb były moskitiery, przez które zaglądały brykające wokół małpy. Poczuliśmy się jak na innej planecie, jakby nikt poza nami nie istniał. Z naszego czarodziejskiego wzgórza schodziliśmy tylko na posiłki. Lunch jedliśmy z innymi gośćmi w restauracji, ale romantyczną kolacje urządzono nam w oddaleniu od innych, na molo przy wpadającej do morza rzeczce. Obsługa sprawiła, że czuliśmy się jak książęca para.

Czasem warto nie planować

Nasz improwizowany na prędce ślub był doskonały. Ann, Claire i Megan dzięki za super atmosferę! W sumie ze wszystkimi formalnościami łącznie z „pieniędzmi na colę”, weselnym bufetem śniadaniowym dla kilku osób i najdroższym noclegiem naszego życia, zapłaciliśmy poniżej tysiąca dolarów. Może Wy też mielibyście ochotę na szybki ślub bez bólu głowy? Tanzania czeka. Sprawdźcie Zanzibar słynący z romantycznych ceremonii  na plaży.

Na zakończenie tylko dodam, że pobraliśmy się w samą porę, bo dwa dni po ślubie szef Saqiba ogłosił, że firma nie przedłuża kontraktu w Tanzanii i za trzy miesiące wszyscy inżynierowie będą musieli wyjechać. Bez ślubu bardzo trudno byłoby nam razem mieszkać i wyrobić pozwolenia na pobyt w Emiratach Arabskich czy Arabii Saudyjskiej, gdzie potem wylądowaliśmy.

Przed opuszczeniem Tanzanii wymieniliśmy nasz lokalny akt małżeństwa na międzynarodowy. Następnie został on podstemplowany w ministerstwie spraw zagranicznych w Dar es Salaam. Nie obeszło się oczywiście bez pieniędzy “na colę”, ale w końcu mieliśmy dokument, na podstawie którego USC w Warszawie wydał nam polski akt ślubu.

Nasze najpopularniejsze teksty: 

Nasze życie w Arabii Saudyjskiej było interesujące, przyjemne i bezpieczne.

Jak znalazłam pracę w szkole językowej w Wietnamie

O podróżach i o tym że życie jest szukaniem

Osiem najczęściej zadawanych pytań na temat Dubaju

Rozmowa o związkach międzykulturowych i tolerancji

Zrób Celtę i zwiedzaj świat!